moje zycie na emigarcji
Kategorie: Wszystkie | Emigracja | Foto | Mediolan | Przepisy | Rozne
RSS

Rozne

środa, 23 marca 2011
Wiosna. Zdecydowanie nastala wiosna. Slonce grzeje coraz mocniej, zachecjac przyrode do pobudki i mnie tez.  
Wiosna doprowadza mnie do euforii jak najlepsze musujace i lekko schlodzone wino. Czuje jak babelki wiosennego powietrza uderzaja mi do glowy.
Nikt i nic nie jest w stanie mnie wyprowadzic z rownowagi, ani moj maz ani moj Mlody. Nawet szef, ktory ostanio jest naprawde ciezki do strawienia.
Budzi sie we mnie chec na zmiany. Przestawiam, ustawiam, znieniam kolory z zimowych na wiosenne i staram sie przebywac jak najwiecej na swiezym powietrzu by dotlenic moj skolowany mozg. Laduje akumulatory, aby dotrwac do wakacji.
Cala ta euforia zacmiewa mi jednak na tyle umysl, ze bez przerwy robie jakies glupstwa, az sama sie siebe boje. Przesadzilam chyba z tym swiezym mediolanskim powietrzem,  jest w nim zdecydowanie za duzo smogu.
Objawy przedawkowania zaczely sie wczoraj. Podjechalam do supermarketu po zakupy. Do sklepu wparowalam jak na szkydlach, lekka jak motylek. Jak nigdy uwinelam sie szybko, nie poklocilam sie z kasjerka, nie rozerwala mi sie reklamowka. Jednym slowem wszystko poszlo jak po masle. Zadowolona z siebie pomknelam wozkiem pod samochod. Czesc toreb wstawilam do bagaznika a czesc postawialm na ziemi obok drzwi pasazera, bo nie miescily sie do tylu. Pozniej mialam wsadzic je do samochodu. W miedzyczasie odstawilam wozek pod sklep, wsiadlam do samochodu i odjechalam. Zaparkowalam w garazu, wyjelam torby z bagznika i .... a gdzie reszta? No wlasnie, zostala na parkingu na ziemi.
No to biegiem pod sklep z nadzieja, ze odnajde tam moje siaty. Na szczescie nikt nie skusil sie na platki, mleko, kluski i jogurty.  Staly sobie bidulki na srodku parkingu i czekaly. W domu nawet nie wspomnialam o wydarzeniu, bo gadniu nie byloby konca.
Dzis jeszcze nic nie wywinelam, ale i dzien tez jeszcze sie nie skonczyl wiec wszystko przede mna.

 

środa, 26 stycznia 2011
Atmosfera w pracy jest coraz gorsza. Zdecydowanie. Codzienne klotnie mojego szefa ze wspolnikami, wzajmne docinki wrod moich kolezanek w biurze i narzekanie na brak pieniedzy to chleb powszedni. Niestety wszystkim chyba udziela sie kryzysowa atmosfrera jaka ogolnie ogarnela Wlochy. Zwlaszcza ostanie newsy jakie dostarcza kazdego dnia prasa i telewizja na temat premiera Berlusconi'ego, doprowadzaja Wlochow do bialej goraczki i podsycaja ich niezadowolenie. Ogrania ich coraz wieksza frustracja. No bo jak moze szlag nie trafic, kiedy okazuje sie, ze czlowiek, ktory reprezentuje narod wydaje astronomiczne sumy na kobiety ( niestety tez i nieletnie) zabawia sie jak mlodzieniaszek w swojej luksusowej willi organizujac imperezy typu "Eyes wide shut" i w obliczu niezbitych dowodow takowych uciech twierdzi, ze to tylko lewicowa propaganda.  Bill Clinton pewnie bije sie w piers, ze byl na tyle glupi i publicznie przeprosil Amerykanow za ten jeden niewinny numerek z Lewinsky.
Wrocmy do pana B. Ok,  podobno pieniadzie sa jego osobiste (? osobny rozdzial) i prywatnie moze robic co chce,  ale moze by tak  znalazl chwile i pomyslal w koncu jak wyprowadzic Wlochy z kryzysu, moze pomyslaby o tych, ktorzy stracili prace albo o tych, ktorych zarobki sa tak marne, ze nie wiaza konca z koncem. Narod ten przyzwyczajony do dobrobytu i beztroskiego zycia musi coraz bardziej zaciskac pasa. Ilez mozna?- powiadaja.
Oczywiscie mozna, mozna. My Polacy wiemy cos na ten temat ale Wlosi musza jeszcze nad tym mocno popracowac bo jak twierdza specjalisci bedzie coraz gorzej.

A tymczasem Signor B:

 

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Kolejny mglisty dzien i do tego jeszcze poniedzialek. Nie ma gorszej mieszanki. Jedynie zapach  porannej kawy, ktora przygotowal dzis rano moj maz, zmobilizowal mnie do stawienia czola znienawidzonemu poniedzialkowi.
Obowiazki jednak wzywaja i nawet gdybym chciala poleniuchowac troche to nie moge. Nie moge  i juz. Mam kilka zaleglych i niecierpiacych zwloki spraw, ktore i tak juz za dlugo czekaly na swoja kolej i ktore w zasadzie mogl spokojnie zawatwic tez moj mezczyzna, ale jego wymowki sa zawsze wazniejsze od moich. Praca, zebranie, nie moge spoznic sie do biura....
Dzis wiec czeka na mnie:
poczta: odebrac polecony, ktory lezy juz tam prawie miesiac - oby nie mandat
ufficio scolastico (urzad w gminie zjamujacy sie spawami szkolnymi): wyjasnienie o co chodzi z zaleglymi oplatami za obiady malego, bo wedlug nich zalegam na prawie 376 euro - co nie jest prawda bo place regularnie
szpital: odebranie wynikow badan
Niby niewiele tego jest i wydawac by sie moglo, ze wszystko zlatwie w  dwie minuty to nie mam sie co ludzic. Pewnie jak zwykle strace nie tylko nerwy ale i pare cennych godzin i nie obejdzie sie bez kolejek, tlumaczen czy odsylania do kolejnych okienek, jak to zreszta czesto zdarza sie we wloskich urzedach, zwlaszcza tych panstwowych.
Oprocz tego dzis wieczorem musze zdecydowac wreszcie jakie wybrac firany z posrod kilkunastu probek, ktore dostalam od krawcowej, pomoc malemu w referacie z historii o Sumerach, pomyslec co zrobic na kolacje i uprasowc sterte ciuchow jaka uzbierala mi sie po 5 praniach zrobionych w ten weeekend, no i do tego musze jeszcze wpasc do pracy na 2-3 godziny.
Przypomiala mi sie swietna francuska komedia z Sophie Marceau pt. "Kobieta na Mrsie, mezczyzna na Wenus".
Cos mi sie wydaje, ze zastosuje taki sam plan. Zmienie sie z mezem na obowiazki, wtedy zobaczymy, czyje wymowki beda wazniejsze.
czwartek, 13 stycznia 2011
No i mamy styczen a w zasadzie to prawie polowe stycznia. Czy ten czas musi tak umykac? Dopiero szykowalam sie do Swiat potem na wypad w gory a tu juz luty za pasem.
Moze i lepiej bo nie moge sie doczekac slonca i dluzszych dni i nie chodzi mi cieplo ale o odrobine swiatla, bo od kilku ladnych tygodni swat wokol mnie jest szary i mglisty, nawet w gorch nie mielismy w tym roku ani jednego slonecznego dnia. Wrecz przeciwnie bylo pochmurno, mgliscie i bardzo zimno okolo - 16 stopni. Jedyna pociecha byla dla nas dobra tirolska kuchnia, codzienna porcja strudla z cieplym sosem waniliowym oraz mala szklaneczka grzanego wina. Odbilo sie to nam na wadze, wiec maz biega zawziecie a ja daje wycisk na silowni.

 

 

 

 

 

poniedziałek, 13 grudnia 2010
Odwoluje, ze w Mediolanie jest zima. Nie za zimno, slonecznie i przede wszystkim bezsniegowo. Nie to co w Polsce czy na swiecie, az strach pomyslec. Tu to chyba bylby koniec swiata.
Wlasnie zakonczylam bardzo dlugi weekend, ktory trwal az siedem dni. W zwiazku z tym, ze w zeszly wtorek 7 grudnia Mediolan obchodzil swieto Sw. Ambrozego (patrona miasta) a w srode bylo swieto Niepokalanego Poczecia Najswietszej Maryji Panny czyli po wlosku Immacolata,  wzielam sobie urlop na poniedzialek, czwartek i piatek i takim sposobem mialam wolne az caly tydzien.
Wyjechalismy na krotko z miasta, z daleka od zgielku i swiatecznego chaosu. Po powrocie zajelam sie roznymi domowymi sprawami, na ktore ciagle brakowalo mi czasu.  W pierwszy sloneczny dzien wybralismy sie tez na mala przechadzke po miescie. Poszlismy zobaczyc Bazylike sw. Ambrozego

 

 

 

 

 

Jak chce mediolanska tradycja w dniu Swietego Ambrozego ubiera sie w domach choinki i od tego momnetu oficjalnie zaczynaja sie Swieta. Ja ubralam ja wczoraj. W tym roku mam swieze drzewko, tylko nie wiem czy dotrzyma do Wiglii bo w domu jest dosc cieplo. Tu i tam polozylam kilka swiatecznych ozdob. Nadaja one mojemu domowi tyle ciepla i radosci. Zwalszcza wieczorami, kiedy zapalmy swiateczne swiece i lampki na choince.

Moj syn z niecierpliwoscia czeka na Swietego Mikolaja, do ktorego napisal az 3 listy. Tym razem Mikolaj bedzie w stanie spelnic wszytskie jego zyczenia, bo sa one na szczescie realne i przede wszytskim osiaglane.

 

 

 

 

poniedziałek, 15 listopada 2010

Leopold Staff

"DESZCZ JESIENNY

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze

Na próżno czekały na słońca oblicze...

W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,

W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

Odziane w łachmany szat czarnej żałoby

Szukają ustronia na ciche swe groby,

A smutek cień kładzie na licu ich miodem...

Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem

W dal idą na smutek i życie tułacze,

A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...

Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...

Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...

Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...

Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.

Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,

Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...

Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...

Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...

Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie

I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...

Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem

I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,

Trawniki zarzucił bryłami kamienia

I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...

Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu

Położył się na tym kamiennym pustkowiu,

By w piersi łkające przytłumić rozpacze,

I smutków potwornych płomienne łzy płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny..."

 

Kiedy to sie wreszcie skonczy.... ja chce slonca i blekitnego nieba! Od wczoraj znowu pada. Jest tak ponuro, ze gdybym mogla sobie na to pozwolic, to zakopalabym sie w lozku i przespala ten dzien. Ja wiem, ze to jesien i zbliza sie zima, i ze taka pogoda to calkiem normalna rzecz, ale ilez moze trwac pora deszczowa. Wole juz kiedy pada snieg. Przynajmniej mozna isc i ulepic balwana.

 

środa, 10 listopada 2010

Nalewka z pigwy odpoczywa sobie w wielkim sloju w mojej spizarni. Czekam z niecierpliwosca kiedy bede mogla jej zasmakowac. Stopniowo nabiera burszynowego koloru. Postanowilam, ze bedzie ona tez sympatycznym prezentem na swieta dla mojej tesciowej. Nie, nie chce jej wpedzic w alkoholizm...nic  z tych rzeczy, po prostu moim zdaniem jest to typowo damski trunek, wiec z pewnoscia bedzie jej smakowal. Mam juz nawet na oku niewielka, sliczna karafke.

A skoro mowa o prezentach to chyba bardziej lubie obarowywac niz byc obdarowywana. Dlaczego? Bo zdarza sie, ze prezenty, ktore dostaje niekoniecznie sa w moim guscie. Nie lubie udawac, ze cos mi sie podoba lub co gorsza, od czasu do czasu zakladc czy na predce ustawiac w domu, kiedy wiem, ze ma przyjsc do mnie osoba, od ktorej dostalam te podarki. Nie umiem tez powiedziec wprost, ze prezent nie jest w moim guscie, bo nie chce urazic przyjaciol czy znajomych. Wole na przyklad dostac po prostu piekne kwiaty. Ciesza mnie one bardziej niz jakis bezuzyteczny podarek.

Ale co mam zrobic, kiedy przyjaciolka nie pamieta co dala mi w prezencie rok wczesniej i kupila mi w tym roku ponwnie ten sam przedmiot?

Nie moge jej przeciez powiedziec, ze chyba ma lekki zanik pamieci. Nie moge jej tego zrobic, bo widzialm jak patrzy na mnie kiedy go wyjmowalam z pudeleczka i widzialm jak bardzo jej zalezy na tym, aby jej prezent mi sie podobal.

Owszem podoba mi sie, jakby nie bylo to Svaroski, a w sloneczne dni mieni sie i blyszczy jak czystej wody brylant...ale jeden breloczek w zupelnosci by mi wystarczl.

 

 

 

piątek, 15 października 2010

Jestem pod wrazeniem, zakochalam sie w tym filmie. Niedawno telewizja wloska nadawala go poznym wieczorem, ale ze ja gapa jestem trafilam na jego koncowke. Wreszcie udalo mi sie go obejrzec od poczatku do konca i musze powiedziec, ze juz dawno zaden film nie poruszyl mnie tak bardzo jak ten.    

Film opowiada historie (oparta na faktach autentycznych) Jean-Dominique’a Bauby, redaktora naczelnego francuskiego wydania Elle. Jest to opowiesc o czlowieku, ktory przez lata zaniedbywal swoich bliskich, ktory zyl chwila. O czlowieku, ktory zasmakowal nieba i nagle znalazl sie w piekle. 

 Bauby pewnego dnia budzi sie w szpitalu calkowicie sparalizowany. Porusza on jedynie jedna powieka, ktora pozniej okaze sie niezbedna do porozumiewania sie z otaczajacym go swiatem a nawet przyczyni sie do napisania powiesci. Poczatkowo poddaje sie on swojemu losowi i jego jedynym zyczeniem jest umrzec. Nie akceptuje on faktu bycia wiezniem wlasnego ciala. Tylko z czasem i dzieki zyczliwosci bliskich mu osob zdaje sobie sprawe, ze istneje sposob na wyjscie ze skafandra sparalizowanego ciala. Wyobaza on siebie jako motyla i przenosi sie w miejsca bliskie jego sercu lub po prostu w imaginowany swiat. Byle jak najdalej od szpialnego lozka. 

Film oglada sie z perspektywy glownego bohatera. Genialne, a zarazem bardzo przygnebiajace. W ten sposob widz moze w pelni oddczuc beznadziejnosc jego sytuacji. Nie ma jednak w tym filmie miejsca na niepotrzebny sentymentalizm. Suche fakty i obrazy ze szpitalnego "zycia".  

Brawa dla Mathieu Amatic'a w roli Bauby, dla Juliana Schnabel'a za rezyserie, dla Janusza Kaminskiego za wspaniale zdjecia.

 

 

 

środa, 13 października 2010

Dzis krotko o sasiadach. Konkretnie o jednym takim panu sasiedzie. Pan, nie powiem, przystojny. Zawsze ubrany stosownie do sytuacji. Pachnacy i usmiechniety. Adwokat. Taki prawdziwy wloski macho. Otoz spotykam go od czasu do czasu przed moim domem, najczesciej kiedy wraca on ze swoim synkiem z treningu pilki noznej. Zauwazylam juz pare razy, ze kiedy pojawiam sie na horyzoncie i pewnie nie tylko ja, pan ten  sprytnie "wyrywa" synkowi pilke i zaczyna zgrabnie podbijac ja noga, kolanem, glowa lub ewentualnie strzela gole niewidzialnemu bramakrzowi... tzn scianie domu lub drzwiom garazu. Cieszy sie z tego jakby przynajmniej rozgrywal mecz na mistrzostwach swiata. Widac ja wypina piers i wciaga brzuszek.

Synek w miedzyczasie skacze jak malpa i krzyczy: "Tato no oddaj mi pilke! Slyszysz? Tatoooo!". Tata zwykle pozostaje gluchy na te jego jeki i jak gdyby nigdy nic dalej pokazuje swoje pilkarskie umiejetnosci. Usmiecha sie przy tym olsniewajaco i niby ukradkiem, zerka czy ja na niego patrze.

A ja owszem popatrze, usmiechne sie, przywitam  i ... ide dalej bo po pierwsze nie lubie pilki noznej, po drugie mam rownie przystojnego meza a po trzecie pan jest zonaty i moglby przestac robic z siebie glupa, w dodatku w obecnosci syna. A mowia, ze adwokaci to tacy powazni ludzie. Nie znosze mezczyzn, ktorzy robia z siebie pajacow tylko po to by przypodobac sie kobietom.

W domu po cichu wypytuje sie malego co tatus robi kiedy idzie z nim na judo. Mam nadzieje, ze nie udaje JIGORO KANO , bo tego bym nie zniosla.

Ach ci faceci... tfu, tzn sasiedzi.