moje zycie na emigarcji
Kategorie: Wszystkie | Emigracja | Foto | Mediolan | Przepisy | Rozne
RSS

Emigracja

środa, 19 stycznia 2011
Wczoraj, calkiem przypadkowo, natknelam sie na slowo "wiatrolap". Co w tym takiego nadzwyczajnego?
Otoz okazuje sie ze moc slow jest ogramna i wytarczy jeden niepozorny i wrecz smieszny wyraz by wywolac we mnie takie emocje, ze az zachcialo mi sie plakac. Nie wiem dlaczego, ale slowo to przywolalo mi na mysl moje dziecinstwo. Pewnie dlatego, ze kiedys w domu mielismy wiatrolap gdzie zima zostawialo sie  osniezone buty  i gdzie latem staly piekne kwiaty, a moze dlatego, ze bylo to ulubione slowo mojej mamy. Sama nie wiem. Z chwila kiedy rodzice zrobili remont, likwidujac wiarolap, tak ze z ogrodu wchodzi sie teraz bezposrednio do domu, slowo to definitywnie wyprowadzilo sie z mojej glowy.  Az do wczoraj. Od razu siegnelam po slownik jezyka polskiego i zaczelam, doslownie strona po stronie, czytac wszystkie hasla. Tak, tak... bo uswiadomilam sobie niestety, ze sa takie polskie slowa, o ktorych istnieniu zupelnie zapomnialam a "wiatrolap" jest wlasnie jednym z nich. Ja nie chce zapominac polskich slow!

Chyba jakas melancholia mnie dopadla a wszystkiemu winna jest napewno ta cholerana mgla.



Dzis rano (i tak jest od poniedzialku)






czwartek, 18 listopada 2010
Na poczatku listopada wspomnialam w jednej z moich notek o ksiazce "Sangue di cane". Napislam ja pod wplywem impulsu, poniewaz ksiazka wywolala we mnie  dosc skrajne uczucia. Wspolczucie pomieszane z irytacja.  Nie spodziewalam sie jednak, ze pojawi sie ona tez na dwoch wloskich blogach vibrisse i Laurana (wydawnictwo, ktore opublikowalo ksiazke) i, ze sama autorka Veronica Tomassini odpowie mi na pytanie, ktore nasunelo mi sie na mysl po przeczytaniu tej smutnej historii.
Jestem jej za to bardzo wdzieczna z dwoch powodow. Po pierwsze wyjasnila mi bardzo skrupulatnie pieknym, poetyckim jezykiem co sklonilo ja do opisania, "niewidzialnego" dla wieszosci z nas, swiata bezdomnych emigrantow, ktorzy wyruszyli w swiat z roznych powodow w poszukiwaniu lepszego zycia, a znalezli sie piekle. Uswiadomila mi, ze rzeczywiscie czesto zapominamy, ze obok nas zyja ludzie, ktorzy nie mieli na tyle szczescia by znalezc swoje bezpieczne miejsce w obcym kraju.
Po drugie nieczesto zdarza sie otrzymac osobiscie od autora jakiekolwiek wyjasnienia
Dziekuje.

 

Oto co odpisala mi Veronica Tomassini

veronica t. Dice:

"ti rispondo volentieri Alf. Ho il dovere di farlo. Le tue ragioni sono legittime. Io amo la vostra Polonia, i miei amori più grandi sono polacchi. Sangue di cane, è il mio offertorio. E’ il mio dono di devozione e gratitudine per l’esempio storico, drammatico, orgoglioso che ne ho tratto, da una vicenda tutta personale. Quel romanzo è stato un dono sofferto, sai? Ho raccontato un universo a parte, non la Polonia bella e colta e densa di talenti forse che ti aspettavi, di grandi scrittori, artisti, musicisti. Ma io ho incontrato quel piccolo mondo (e anche quel piccolo mondo per me era intenso, colto, elevato), dove concorreva un’espiazione (un sacrificio) secolare. Ho guardato dentro questo sacrificio, non mettendo a parte la mia vita. Ho desiderato compatire il sacrificio secolare (le vostre proscrizioni, l’inutilità di anni di costrizione e regime, le persecuzioni);insieme a quel piccolo mondo, portatore di martirio nobile, ho imparato cosa fosse la pietà, ho incontrato esattamente in quel piccolo mondo a parte il Dio della Misericordia e del Perdono. L’Occidente, sazio e con la pancia piena, deve guardare insieme a me, a te, dentro questo sacrificio che si consuma ancora. Mia cara, umilmente, ho voluto raccontare un po’ di questa vita straordinaria che è stata anche la mia.
con stima
Veronica Tomassini Piotrkowicz"

 

czwartek, 11 listopada 2010
piątek, 05 listopada 2010

 

"Sangue di cane" ("Krew psa") dostalam od kolezanki z pracy. Powiedziala mi, ze kupujac te ksiazke pomysla sobie o mnie bo opawiada ona historie mlodego bezdomnego Polaka, ktory zakochuje sie w dziewczynie z Sycylii. Jak sie okazalo, nie jest to jednak zaden romans z cudownym happy endem. Nie, nic z tych rzeczy. Veronica Tomassini, autorka ksiazki, opisuje dosc dosadnie realia polskich emigrantow zamieszkujacych "podziemia" sycylijskich miast, gdzie alkoholizm i przemoc sa chlebem powszednim. Realia Polakow, ktorzy za pare groszy zdolni sa do wszyskiego. Slawek, bohater ksiazki, jest wlasnie jednym z nich. Zarabia na swoje marne zycie myjac szyby samochodow na skrzyzowaniach ulic Siracuzy i nazanczony pietnem alkoholizmu nie potrafi zmienic swojej egzystencji nawet w obliczu milosci do mlodej Wloszki i do syna narodzonego z tego dziwnego zwiazku. Historia bardzo smutna i przerazajaca.

Mysle, ze mniej wiecej tak wyglada naprawde zycie wielu Polakow, ktorym nie udalo sie znalesc stabilizacji w tym trudnym swiecie jakim jest emigracja.

Czytajac ksiazke oczywiscie nie spodziewalm sie, ze Slawek bedzie jakims supermanen, ale tez nie wyrzutkiem bez przyszlosci. Obawiam sie, ze Wlosi, ktorzy przeczytaja te ksiazke pomysla dwa razy zanim zdecyduja sie na podroz do Polski, bo jasno z niej wynika, ze jestesmy krajem, w ktorym rzadzi przede wszytskim przemoc, prostytucja i wodka.

 Wyszperalam w necie wywiad z autorka, zeby dowiedziec sie co sklonilo ja do napisania o moich rodakach. Otoz wynika z niego, ze bardzo fascynuje ja, jak to ona go nazywa, "niewidzialny" swiat polskich emigrantow a tak poza tym to kocha nasza kulture i muzyke. Podziwia nas za nasz heroizm, sile walki i sposoby radzenia sobie z przeciwnosciami jakie stwarza nam zycie.

To po jaka cholere napisala o jakis beznadziejnych pijakch?

 

"Sangue di cane" ho avuto dalla mia collega. Mi ha detto che acquistando il libro ha pensato a me in qunato racconta una storia di un giovane Polacco che si innamora di una ragazza siciliana. Non si tratta però di una storia d'amore a lieto fine. No, nessuna di queste cose. Veronica Tomassini, l'autrice del libro, descrive senza mezzi termini la realtà degli immigrati polacchi che abitano l' "underground" delle città della Sicilia dove l'alcolismo e la violenza sono il pane quotidiano. La realtà dei Polacchi, che per pochi centesimi sono capaci di fare qualsiasi cosa. Slawek, il protagonista del libro, è solo uno di loro. Si guadagna da vivere lavando i vetri delle macchine agli incroci di Siracusa. E' un alcolista che non è in grado di cambiare la propria vita, anche di fronte di un amore per una giovane ragazza italiana e di un figlio nato da questa strana relazione. La storia è molto triste e spaventosa.

Penso che la storia di Slawek assomiglia davvero alla vita di molti Polacchi e non solo, che non sono riusciti a trovare la stabilità in questo mondo difficile, che è l'emigrazione.

Ovviamente leggendo il libro non mi aspettavo che parlasse di un supereroe ma ne anche di un emarginato senza futuro. Ho paura che gli Italiani dopo aver letto questa storia ci penseranno ben due volte prima di intraprendre un viaggio in Polonia, perché il libro dimostra chiaramente che siamo un paese dove dominia soprattutto la violenza, la prostituzione e la vodka.

Ho trovato l'intervista con l'autrice del libro per scoprire cosa l'ha spinta a scrivere dei miei connazionali. E' chiaro che è molto affascinata dall', come lo chiama lei, "invisibile" mondo di immigrati polacchi, ma anche perchè ama molto la nostra cultura e la musica. Ci ammira per il nostro eroismo, forza e il modo con cui affrontiamo le avversità che la vita ci porta. Allora perchè scrivere di un ubriacone....?

 

poniedziałek, 25 października 2010

Przyjaznie polsko wloskie w zenskim wydaniu to temat rzeka. Sama go kiedys walkowalam w nieskonczonosc ze znajomymi w pierwszych latach mojej emigracji. Przegladajac ostanio rozne fora o Italii widze, ze jest on nadal jak najbardziej aktualny i obok tematu o wloskich tesciowych jest jednym z ulubionych. W roznych dyskusjach pojawia sie stwiedzenie, ze nawiazywanie blizszych znajmosci z Wloszkami jest praktycznie niemozliwe. Z racji tego, ze zyje we Wloszech dostatecznie dlugo, moge powiedziec, ze osoby, ktore tak twiedza w zasadzie maja racje. Nawiazywanie przyjazni z wloskimi kobietami wcale nie jest latwe i czasami musi uplynac sporo czasu, zanim uda sie zdobyc ich zufanie, co dla mnie osobiscie nie bylo i nie jest ani priorytetem ani koniecznoscia. Dla wiekszosci jednak stanowi to nie lada problem i jest zrodlem powaznej frustracji.

Ja mam na to dwie teorie.

Po pierwsze :

Wloszki generalnie sa bardzo nieufne wobec obcokrajowcow a zwlaszcza tych ze wschodniej Europy. Ta czesc kontynentu jest jeszcze dla nich wielka niewiadoma. Rumunka, Polka, Bulgarka to jeden czort i wedlug nich wszytskie mowimy w tym samym jezyku. Uwazam, ze to wlasnie ta ich niewiedza staje czesto na przeszkodzie w nawiazywaniu blizszych znajomosci. One po prostu sie nas, w pewnym sensie, boja. Poza tym my Polacy bardzo lubimy sie obrazac, jesli ktos nadal pyta sie nas, czy w Polsce po ulicach jezdza furmanaki i czy komunisci jedza dzieci. Wtedy automatycznie zamykamy sie na takie osoby. Nie potrafimy obrocic tego w zart tak jak to robia Wlosi, kiedy obcokrajowcy pytaja sie ich o mafie czy nazywaja ich makaroniarzami. My bierzemy zaraz wszytsko bardzo na powaznie. Nie dajemy mozliwosci na wyjasnienie sytuacji i z gory zakladamy, ze takie pytania sa z ich strony sa zwykla zlosliwoscia. A moze oni naprawde nic nie wiedza o naszym kraju?

Po drugie:

Wloszki uwielbiaja poruszac sie, jak ja to mowie, w "stadach". Stadach czesto bardzo hermetycznych, do ktorych trudno jest wniknac nie tylko Polkom ale tez i innym Wloszkom. Przyczyna moze byc fakt, ze trudniej jest sie zaprzyjaznic z cala grupa niz z jedna osoba. Mam sporo wloskich znajomych (z pracy, ze szkoly malego) i czasami one tez narzekaja na swoje rodaczki, wlasnie z tego powodu.

Ja na szczescie nie stawiam sobie za cel zycia posiadania za wszelka cene wloskiej przyjaciolki, bo wystraczaja mi te, ktore mam i pochodza one z roznych krajow.  Z Polski, USA, Bulgarii, Anglii czy Argentyny. I za kazdym razem gdy sie spotykamy jest naprawde bardzo ciekawie.

czwartek, 07 października 2010

We Wloszech...? moze wcale, bo jak sie rzadzacy tym krajem nie opanuja i nie przestana podnosic wieku emerytalnego, to byc moze, bedziemy zmuszeni do pracy az nas demencja starcza nie dopadnieSmutne ale prawdziwe.

 

wtorek, 05 października 2010

Jesli ktos zapytalby mi sie jak wyobrazam sobie moj mozg, to powiedzialbym, ze na dzien dzisejszy przypomina on wielka pralka z wielkim praniem w srodku, ktore kreci sie w kolko i czeka na rozwieszenie.

Milion mysli na sekunde, milion rzeczy, ktore chcialabym zrobic. Tam wszystko sie tak miesza i tlucze, wlasnie tak jak to sie dzieje podczas prania. Teraz chcialbym, zeby ktos pomogl mi to pranie powiesic rowniutko na sznureczku. Jedna szmatke za druga...

Fotografia, pilates, blog, wyprawy za miasto, kino, teatr, ksiazki, syn, maz, dom, praca... tylko, ze ja ciagle zapominam, ze doba ma 24 godziny z czego 8 godzin musze koniecznie przeznaczyc na sen.

Niestety wszystko systematycznie konczy sie na tylko na planch. Moze czas na zmiane...

Co robic? pomocy....


środa, 22 września 2010

Z natury jestem osoba pozytwnie nastawiona do swiata i rzadko zdarza mi sie byc naprawde smutna. Ostanio przytrafjaja mi sie jednak rozne sytuacje, ktore dosc drastycznie wplywaja na moje sampoczucie.

A to szkola mojego syna, bo musialam rozmowic sie z mama jednego z kolegow, a to popsula mi sie lodowka i musze czekac az 10 dni roboczych na nowa, a to praca, bo szef przechodzi kryzys sredniego wieku i wyzywa sie na swoich „poddanych” i wreszcie... moja dlugoletnia kolzanka-emigrantka wraca do Polski. To juz druga z koleii. Powod – rozwod.

Przygniebia mnie fakt, ze zostaje „sama” na obczyznie, pomimo mnostwa innych znajomych z pracy, ze szkoly malego, Polek poznanych przypadkowo.  To nie to samo.

Mile wspominam wspolne spotaknia przy kawie, wypady do kina oraz niekonczace sie rozmowy o ich trudnych zwiazkach.

Bedzie mi ich naprawde brakowac. Bo to wlasnie one wspieraly mnie w takich sytuacjach, niby nieistotnych, ale zawsze...

 

E. Munch, Ashes. 1894

środa, 15 września 2010

W poniedzialek zaczela sie szkola a moj Mlody juz przezywa kryzys. Wcale mu sie nie dziwie, bo jednak 3 miesiace wakacji moga czlowieka rozleniwic. Poza tym, jak to zwykle bywa, we wloskiej szkole kazdego roku na uczniow czekaja jakies nowosci. Zwalszcza jesli chodzi o nauczycieli. Zmieniaja sie oni jak pory roku i jest to dla mojego malucha zrodlem powaznego stresu. No bo nie wiadomo jaka pani moze sie trafic...i na jak dlugo.

Dopiero co przyzwyczail sie do nauczycielki od angielskiego a tu sie okazalo, ze w tym roku bedzie nowa pani, ale oczywiscie nie od razu... nie... moze od pazdziernika albo od listopada. Podobnie z nauczycielka od historii i geografii. Pani dyrektor musi jeszcze zdecydowac. Kurcze blade czy nie miala na to trzy miesiace czasu.

W zeszlym roku zdarzylo sie, ze zmnienila sie pani od historii i geografii (poszla na chorobowe i wiecej nie wrocila) i dzieci przerabialy ten sam material dwa razy bo obie panie sie nie dogadaly. Mozna zwariowac...

Poki co cieszymy sie sloneczkiem i bardzo przyjemna temperatura 25 ° C.

piątek, 19 lutego 2010

Leje od samego rana. Jest ciemno, szaro i jestesmy z Malym w domu. Dzieciaki w Mediolanie maja wolne z okazji jutrzejszego karnawalu. Niestety pogoda nie nadaje sie na spacery wiec zabralismy sie za gotowanie. Moj maluch chetnie mi pomaga i ostatnio oznajmil, ze jego zona nie bedzie musiala gotowac bo to on bedzie rzadzil w ich kuchni. Pozyjemy zobaczymy...

Z jedej strony to dobrze, ze tak pada. Moze ten deszcz wyplucze troche smogu z powietrza. Ostatnio okazalo sie , ze Mediolan i Turyn przekroczyly grubo dopuszczalne ilosci zanieczyszczen w  powietrzu.  Na niedziele zapowiedziano wiec calkowity zakaz poruszania sie samochodami po Mediolanie i okolicy z tego wlasnie wzgledu.

Co jakis czas burmistrz miasta oglasza takie akcje, ale chyba niewiele one daja bo smog jak byl tak i jest. Wedlug mnie i wielu innych mieszkancow Mediolanu zakaz ruchu w niedziele nie ma wiekszego sensu, bo najwiecej samochodow przewija sie przez miasto jednak w ciagu tygodnia. Ludzie przyjezdzajacy z prowincji do pracy w miescie sa najczesciej zmuszeni do przyjazdu wlasnym samochodem. Dzieje sie tak dlatego, ze niestety nie mozna polegac ani na komunikacji miejskiej ani na podmiejskich pociagach. Jak na razie nikt nic nie robi aby poprawic ta sytuacje. Wrecz przeciwnie. np w dniu dzisiejszym strajkuja kierowcy autobusow i pociagow, wiec kto dzis pracuje musi, chcac nie chcac, wziac wlasny samochod.

No to niby jak to powietrze ma byc czyste?

Ja na szczescie mieszkam poza scislym centrum i mam duzo zielni wolol domu wiec licze na to, ze oddycham troszke lepszym powietrzem niz mieszkancy miasta.

 


Dzis na obiad

Sloneczna Crema di zucca e carote (krem dyniowo-marchewkowy)

http://piattodipasta.blox.pl/html

 

 

 
1 , 2