moje zycie na emigarcji
Kategorie: Wszystkie | Emigracja | Foto | Mediolan | Przepisy | Rozne
RSS
środa, 27 października 2010

Czy wiecie, ze...

tytul naukowy przed nawiskiem to we Wloszech rzecz bardzo wazna i nie daj Panie Boze o nim zapomniec. Zwlaszcza w rozmowach sluzbowych. Zwarcajac sie do osoby, z ktora nie jestesmy na stopie kolezenskiej, nalezy koniecznie uzyc tytulu i to nie tylko w przypadku lekarza, adwokata, faramceuty czy architekta, ale w stosunku do wszystkich tych, ktorzy skonczyli jakis tam kierunek, niewazne jaki. Tytul magistra (po wlosku dottore) musi byc i juz. Jesli nie wiemy czy dana osoba jest po studiach, wypada zwrocic sie do niej tak samo per „dottore” i to ona nas ewentualnie skoryguje. Nawet do ksiegowej czy ksiegowego zwracamy sie per „ragioniere” (po polsku znaczy ksiegowy).

Ja czasami zapominam sie i mowie po prostu pan Rossi (signore Rossi), pani Rossi (signora Rossi). Zdarza mi sie tez, ze ktorys z moich rozmowcow zwraca mi uwage, ze on nie jest zaden pan tylko magister. A ja sobie wtedy mysle, ze rzeczywiscie nie kazdy rodzi sie panem ale magistra mozna zdobyc bez problemu. 

poniedziałek, 25 października 2010

Przyjaznie polsko wloskie w zenskim wydaniu to temat rzeka. Sama go kiedys walkowalam w nieskonczonosc ze znajomymi w pierwszych latach mojej emigracji. Przegladajac ostanio rozne fora o Italii widze, ze jest on nadal jak najbardziej aktualny i obok tematu o wloskich tesciowych jest jednym z ulubionych. W roznych dyskusjach pojawia sie stwiedzenie, ze nawiazywanie blizszych znajmosci z Wloszkami jest praktycznie niemozliwe. Z racji tego, ze zyje we Wloszech dostatecznie dlugo, moge powiedziec, ze osoby, ktore tak twiedza w zasadzie maja racje. Nawiazywanie przyjazni z wloskimi kobietami wcale nie jest latwe i czasami musi uplynac sporo czasu, zanim uda sie zdobyc ich zufanie, co dla mnie osobiscie nie bylo i nie jest ani priorytetem ani koniecznoscia. Dla wiekszosci jednak stanowi to nie lada problem i jest zrodlem powaznej frustracji.

Ja mam na to dwie teorie.

Po pierwsze :

Wloszki generalnie sa bardzo nieufne wobec obcokrajowcow a zwlaszcza tych ze wschodniej Europy. Ta czesc kontynentu jest jeszcze dla nich wielka niewiadoma. Rumunka, Polka, Bulgarka to jeden czort i wedlug nich wszytskie mowimy w tym samym jezyku. Uwazam, ze to wlasnie ta ich niewiedza staje czesto na przeszkodzie w nawiazywaniu blizszych znajomosci. One po prostu sie nas, w pewnym sensie, boja. Poza tym my Polacy bardzo lubimy sie obrazac, jesli ktos nadal pyta sie nas, czy w Polsce po ulicach jezdza furmanaki i czy komunisci jedza dzieci. Wtedy automatycznie zamykamy sie na takie osoby. Nie potrafimy obrocic tego w zart tak jak to robia Wlosi, kiedy obcokrajowcy pytaja sie ich o mafie czy nazywaja ich makaroniarzami. My bierzemy zaraz wszytsko bardzo na powaznie. Nie dajemy mozliwosci na wyjasnienie sytuacji i z gory zakladamy, ze takie pytania sa z ich strony sa zwykla zlosliwoscia. A moze oni naprawde nic nie wiedza o naszym kraju?

Po drugie:

Wloszki uwielbiaja poruszac sie, jak ja to mowie, w "stadach". Stadach czesto bardzo hermetycznych, do ktorych trudno jest wniknac nie tylko Polkom ale tez i innym Wloszkom. Przyczyna moze byc fakt, ze trudniej jest sie zaprzyjaznic z cala grupa niz z jedna osoba. Mam sporo wloskich znajomych (z pracy, ze szkoly malego) i czasami one tez narzekaja na swoje rodaczki, wlasnie z tego powodu.

Ja na szczescie nie stawiam sobie za cel zycia posiadania za wszelka cene wloskiej przyjaciolki, bo wystraczaja mi te, ktore mam i pochodza one z roznych krajow.  Z Polski, USA, Bulgarii, Anglii czy Argentyny. I za kazdym razem gdy sie spotykamy jest naprawde bardzo ciekawie.

piątek, 15 października 2010

Jestem pod wrazeniem, zakochalam sie w tym filmie. Niedawno telewizja wloska nadawala go poznym wieczorem, ale ze ja gapa jestem trafilam na jego koncowke. Wreszcie udalo mi sie go obejrzec od poczatku do konca i musze powiedziec, ze juz dawno zaden film nie poruszyl mnie tak bardzo jak ten.    

Film opowiada historie (oparta na faktach autentycznych) Jean-Dominique’a Bauby, redaktora naczelnego francuskiego wydania Elle. Jest to opowiesc o czlowieku, ktory przez lata zaniedbywal swoich bliskich, ktory zyl chwila. O czlowieku, ktory zasmakowal nieba i nagle znalazl sie w piekle. 

 Bauby pewnego dnia budzi sie w szpitalu calkowicie sparalizowany. Porusza on jedynie jedna powieka, ktora pozniej okaze sie niezbedna do porozumiewania sie z otaczajacym go swiatem a nawet przyczyni sie do napisania powiesci. Poczatkowo poddaje sie on swojemu losowi i jego jedynym zyczeniem jest umrzec. Nie akceptuje on faktu bycia wiezniem wlasnego ciala. Tylko z czasem i dzieki zyczliwosci bliskich mu osob zdaje sobie sprawe, ze istneje sposob na wyjscie ze skafandra sparalizowanego ciala. Wyobaza on siebie jako motyla i przenosi sie w miejsca bliskie jego sercu lub po prostu w imaginowany swiat. Byle jak najdalej od szpialnego lozka. 

Film oglada sie z perspektywy glownego bohatera. Genialne, a zarazem bardzo przygnebiajace. W ten sposob widz moze w pelni oddczuc beznadziejnosc jego sytuacji. Nie ma jednak w tym filmie miejsca na niepotrzebny sentymentalizm. Suche fakty i obrazy ze szpitalnego "zycia".  

Brawa dla Mathieu Amatic'a w roli Bauby, dla Juliana Schnabel'a za rezyserie, dla Janusza Kaminskiego za wspaniale zdjecia.

 

 

 

środa, 13 października 2010

Dzis krotko o sasiadach. Konkretnie o jednym takim panu sasiedzie. Pan, nie powiem, przystojny. Zawsze ubrany stosownie do sytuacji. Pachnacy i usmiechniety. Adwokat. Taki prawdziwy wloski macho. Otoz spotykam go od czasu do czasu przed moim domem, najczesciej kiedy wraca on ze swoim synkiem z treningu pilki noznej. Zauwazylam juz pare razy, ze kiedy pojawiam sie na horyzoncie i pewnie nie tylko ja, pan ten  sprytnie "wyrywa" synkowi pilke i zaczyna zgrabnie podbijac ja noga, kolanem, glowa lub ewentualnie strzela gole niewidzialnemu bramakrzowi... tzn scianie domu lub drzwiom garazu. Cieszy sie z tego jakby przynajmniej rozgrywal mecz na mistrzostwach swiata. Widac ja wypina piers i wciaga brzuszek.

Synek w miedzyczasie skacze jak malpa i krzyczy: "Tato no oddaj mi pilke! Slyszysz? Tatoooo!". Tata zwykle pozostaje gluchy na te jego jeki i jak gdyby nigdy nic dalej pokazuje swoje pilkarskie umiejetnosci. Usmiecha sie przy tym olsniewajaco i niby ukradkiem, zerka czy ja na niego patrze.

A ja owszem popatrze, usmiechne sie, przywitam  i ... ide dalej bo po pierwsze nie lubie pilki noznej, po drugie mam rownie przystojnego meza a po trzecie pan jest zonaty i moglby przestac robic z siebie glupa, w dodatku w obecnosci syna. A mowia, ze adwokaci to tacy powazni ludzie. Nie znosze mezczyzn, ktorzy robia z siebie pajacow tylko po to by przypodobac sie kobietom.

W domu po cichu wypytuje sie malego co tatus robi kiedy idzie z nim na judo. Mam nadzieje, ze nie udaje JIGORO KANO , bo tego bym nie zniosla.

Ach ci faceci... tfu, tzn sasiedzi.

wtorek, 12 października 2010

To nie tytul jakiegos horroru ale nazywa moich ulubionych wloskich ciastek, ktore pojawjaja sie w cukierniach i piekarniach w okolicach Zaduszek. Bardzo je polubilam bo przypominaja one w smaku polskie pierniki. No powiedzmy, ze troche przypominaja...

Sa bardzo kaloryczne, z duza iloscia skorki pomaranczowej, posiekanych suszonych fig, orzeszkow pinoli i rodzynek. Mocno czekoladowe i doprawione do smaku cynamonem, gozdzikami i odrobina galki muszkatalowej.

Ciastka te sa typowym mediolanskim, pazdziernikowo-listopadowym przysmakiem. Z tego co wiem sa one znane wlasnie tylko w Mediolanie i w regionie Lombardii.

 

 

 

piątek, 08 października 2010

Mediolan mozna kochac lub nienawidziec, podziwiac lub krytykowac. Wszystko zalezy od punktu widzenia a moj zmienil sie radykalnie. Stalo sie to calkiem niedawno, przy okazji wizyty znajomych. Przyjechali do Mediolanu po raz pierwszy. Byli zachwyceni tym miastem. Chodzac z nimi po miescie, o dziwo, nie bylam jednak w stanie podzielic ich zachwytu.

W koncu dotarlo do mnie, ze przez lata patrzylam na to miasto oczami turystki. Turystki, ktora wpadla tu na tylko na chwile.

Przez dlugi czas widzialam wokol siebie tylko wspaniala architekture, zabytki, sklepy z modnymi ciuchami i ulice pelne usmiechnietych i zadowolonych z zycia Wlochow. Nieustannie porownywalm Mediolan do mojej Warszawy, ktora systematycznie byla zwykle za szara i za smutna. Mialam wrecz lekki kompleks.

Dzis moge powiedziec, ze juz tak nie jest, bo jadac codziennie do pracy, z okien tranwaju zaczelam dostrzegac druga twarz tego miasta, ta brzydsza, ta normalna. Szare, brudne i zastwione samochodami ulice, odchody psow na chodnikach, zaczete i nie skonczone remonty ulic, korki, dzielnice gdzie lepiej nie pokazywac sie po zmroku i ludzie jakby mniej usmiechnieci, zabiegani i zmeczneni.

Owszem Mediolan ma wiele do zaoferownia ale i wymaga wiele. Tu wsztstko odbywa sie w rekordowym tepie. Nawet kawe w barze trzeba wypic szybko i choc parzy cie w jezyk, trzeba sie spieszyc, bo na twoje miejsce przy kontuarze czeka 10 innych osob. W Mediolanie czas to pieniadz, i aby dobrze tu zyc trzeba bezwarunkowo zaakceptowac to miasto takim jakim jest.

Mysle, ze w moim przypadku sytuacja sie odwrocila. Teraz Polska jest dla mnie krajem mlekiem i miodem plynacym a Warszawa najpiekniejszym miastem na ziemi. Teraz w Polsce wszystko jest piekne, nowe i kolorowe. I bedac tam czuje sie jak turystka, ktora widzi wszysko przez rozowe okulary a Mediolan znormalnial i nic juz nie jest tu w stanie mnie zaskoczyc. 

czwartek, 07 października 2010

We Wloszech...? moze wcale, bo jak sie rzadzacy tym krajem nie opanuja i nie przestana podnosic wieku emerytalnego, to byc moze, bedziemy zmuszeni do pracy az nas demencja starcza nie dopadnieSmutne ale prawdziwe.

 

środa, 06 października 2010

Sushi, sashimi, hosomaki, futomaki i takie tam jeszcze inne dziwne slowa zagoscily na stale w jezyku wloskim. Slysze je na okraglo w pracy i wsrod znajomych. Sa bardzo modne oczywiscie jak na stolice mody przystalo. Tu w Mediolanie wszystko musi byc trendy. Od okularow po buty, od samochodu po letnie wakacje. Slowa tez. Meczy mnie to okropnie.

Ostanio moja znajoma zapytala mi sie czy lubie futomaki, a ja jej na to, ze chyba nigdy nie jadalm czegos o takiej nazwie. Ona na to oburzona: -"No wiesz co, mieszkasz w Mediolanie i nie jadasz sushi? i nie mow mi, ze nigdy nie jadlas makizsuhi owinietgo w nori?-No comment!"

Nie chcialo mi sie juz jej pytac, dlaczego ja to tak dziwi. No ale tak na chlopski rozum...skoro mieszkam we Wloszech i podobno na Wlochow wolaja makaroniarze, i podobno kraj ten slynie z pasty i pizzy...i zaden Wloch bez tych dan nie wytrzynuje nawet jednego dnia, to niby co w tym dziwnego, ze nie jadlam nigdy makizsushi czy futomaki? Byloby chyba dziwniej gdybym nie wiedziala na przyklad co to jest spaghetti czy risotto.

Przyznaje sie, byla to z mojej strony lekka prowokacja, bo troche orientuje sie w kuchni wschodu. Chcialam sie tylko przekonac jak daleko moze zajsc snobizm niektorych istot.

Tak na marginesie to ja naprawde nie jadam sushi, ale za to kocham spaghetti.

 

 

wtorek, 05 października 2010

Jesli ktos zapytalby mi sie jak wyobrazam sobie moj mozg, to powiedzialbym, ze na dzien dzisejszy przypomina on wielka pralka z wielkim praniem w srodku, ktore kreci sie w kolko i czeka na rozwieszenie.

Milion mysli na sekunde, milion rzeczy, ktore chcialabym zrobic. Tam wszystko sie tak miesza i tlucze, wlasnie tak jak to sie dzieje podczas prania. Teraz chcialbym, zeby ktos pomogl mi to pranie powiesic rowniutko na sznureczku. Jedna szmatke za druga...

Fotografia, pilates, blog, wyprawy za miasto, kino, teatr, ksiazki, syn, maz, dom, praca... tylko, ze ja ciagle zapominam, ze doba ma 24 godziny z czego 8 godzin musze koniecznie przeznaczyc na sen.

Niestety wszystko systematycznie konczy sie na tylko na planch. Moze czas na zmiane...

Co robic? pomocy....