moje zycie na emigarcji
Kategorie: Wszystkie | Emigracja | Foto | Mediolan | Przepisy | Rozne
RSS
piątek, 26 listopada 2010
Po pierwsze:
dzis od rana pada snieg. W zasadzie teraz to bardziej deszcz ze sniegiem. Udalo mi sie jednak dojechac na czas do pracy, co przy takiej pogodzie praktycznie graniczy z cudem. Tu, w Mediolanie, snieg oznacza powazne problemy. Mam nadzieje, ze tym razem wloscy drogowcy przygotowali sie lepiej niz w zeszlym roku, niz dwa lata temu, niz trzy lata temu... .
A tak bylo mniej wiecej rok temu.

 

Po drugie:
Pipi Langstrump (Pippilotta Viktualia Rullgardina Krusmynta Efraimsdotter Långstrump) obchodzi 65 urodziny. Przypomnial mi o tym Google, za co mu jestem bardzo wdzieczna, bo Pipi jest i bedzie moja ulubiona postacia.
Wprawdzie z perspektywy czasu zdalam sobie sprawe, ze jej zycie wcale nie bylo takie fajne jak mi sie wydawalo, kiedy bylam dzieckiem, no bo przeciez byla sama jak palec, to i tak ja kocham. Najbardziej "zazdroscilam" jej nieludzkiej sily i Pana Nilssona.

BUON COMPLEANNO PIPI!

 

piątek, 19 listopada 2010
- Federica, zaraz bedziemy skrecac w lewo, wrzuc kierunkowskaz.
- Co?
- Noo.. kierunkowskaz, przeciez musisz skrecac.
- No i co z tego.
- Jak to co? Chyba powinnas zasygnalizowac, ze masz zamiar zjechac z tej drogi, tak czy nie?
- Ale przeciez nikt nie jedzie za nami...

Tak mniej wiecej wygladala moja wczorajsza konwersacja z kolezanka w drodze po zakupy.
Zaczynam powaznie myslec, ze wiekszosc dzisiejszych (przynajmniej wloskich) kierowcow nawet nie wie, ze maja w swoich samochodach kierunkowskazy i pewnie zacieraja rece na mysl, ze nie dali sobie wcisnac w salonie samochodowym tego optional. Tak,  optional, bo naprawde niewielu zmotoryzowanych wrzuca kierunek przy wszelkiego rodzaju manowrach, ktore to kierunkowskazu wymagaja. Po co im kierunkowskazy skoro maja w samochodzie klakson i rece do pokazywania roznych gestow.



Lubie podroze samochodowe, zwlaszcza te dalekie. Lubie je nawet kiedy to ja musze prowadzic przez dlugie godziny, ale zaczyna mnie meczyc jazda po miescie. Meczy mnie to ciagle uwazanie na tych wszystkich, ktorzy mysla, ze tylko oni sa na drodze. Meczy mnie ta ciagla interpretacja i przewidywanie ruchow innych zmotoryzowanych. Po prostu nie daje rady i dlatego czesto korzystam z komunikacji miejskiej, potocznie zwanej w Mediolanie "ATM", ktora niestety do najpunktualniejszych nie nazley. Ale wole juz czekac na przystanku, niz uzerac sie z samochodami, skuterami , motorami, rowerami i dziurami na drodze.
czwartek, 18 listopada 2010
Na poczatku listopada wspomnialam w jednej z moich notek o ksiazce "Sangue di cane". Napislam ja pod wplywem impulsu, poniewaz ksiazka wywolala we mnie  dosc skrajne uczucia. Wspolczucie pomieszane z irytacja.  Nie spodziewalam sie jednak, ze pojawi sie ona tez na dwoch wloskich blogach vibrisse i Laurana (wydawnictwo, ktore opublikowalo ksiazke) i, ze sama autorka Veronica Tomassini odpowie mi na pytanie, ktore nasunelo mi sie na mysl po przeczytaniu tej smutnej historii.
Jestem jej za to bardzo wdzieczna z dwoch powodow. Po pierwsze wyjasnila mi bardzo skrupulatnie pieknym, poetyckim jezykiem co sklonilo ja do opisania, "niewidzialnego" dla wieszosci z nas, swiata bezdomnych emigrantow, ktorzy wyruszyli w swiat z roznych powodow w poszukiwaniu lepszego zycia, a znalezli sie piekle. Uswiadomila mi, ze rzeczywiscie czesto zapominamy, ze obok nas zyja ludzie, ktorzy nie mieli na tyle szczescia by znalezc swoje bezpieczne miejsce w obcym kraju.
Po drugie nieczesto zdarza sie otrzymac osobiscie od autora jakiekolwiek wyjasnienia
Dziekuje.

 

Oto co odpisala mi Veronica Tomassini

veronica t. Dice:

"ti rispondo volentieri Alf. Ho il dovere di farlo. Le tue ragioni sono legittime. Io amo la vostra Polonia, i miei amori più grandi sono polacchi. Sangue di cane, è il mio offertorio. E’ il mio dono di devozione e gratitudine per l’esempio storico, drammatico, orgoglioso che ne ho tratto, da una vicenda tutta personale. Quel romanzo è stato un dono sofferto, sai? Ho raccontato un universo a parte, non la Polonia bella e colta e densa di talenti forse che ti aspettavi, di grandi scrittori, artisti, musicisti. Ma io ho incontrato quel piccolo mondo (e anche quel piccolo mondo per me era intenso, colto, elevato), dove concorreva un’espiazione (un sacrificio) secolare. Ho guardato dentro questo sacrificio, non mettendo a parte la mia vita. Ho desiderato compatire il sacrificio secolare (le vostre proscrizioni, l’inutilità di anni di costrizione e regime, le persecuzioni);insieme a quel piccolo mondo, portatore di martirio nobile, ho imparato cosa fosse la pietà, ho incontrato esattamente in quel piccolo mondo a parte il Dio della Misericordia e del Perdono. L’Occidente, sazio e con la pancia piena, deve guardare insieme a me, a te, dentro questo sacrificio che si consuma ancora. Mia cara, umilmente, ho voluto raccontare un po’ di questa vita straordinaria che è stata anche la mia.
con stima
Veronica Tomassini Piotrkowicz"

 

poniedziałek, 15 listopada 2010

Leopold Staff

"DESZCZ JESIENNY

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze

Na próżno czekały na słońca oblicze...

W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,

W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

Odziane w łachmany szat czarnej żałoby

Szukają ustronia na ciche swe groby,

A smutek cień kładzie na licu ich miodem...

Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem

W dal idą na smutek i życie tułacze,

A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...

Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...

Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...

Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...

Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.

Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,

Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...

Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...

Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...

Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie

I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...

Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem

I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,

Trawniki zarzucił bryłami kamienia

I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...

Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu

Położył się na tym kamiennym pustkowiu,

By w piersi łkające przytłumić rozpacze,

I smutków potwornych płomienne łzy płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny..."

 

Kiedy to sie wreszcie skonczy.... ja chce slonca i blekitnego nieba! Od wczoraj znowu pada. Jest tak ponuro, ze gdybym mogla sobie na to pozwolic, to zakopalabym sie w lozku i przespala ten dzien. Ja wiem, ze to jesien i zbliza sie zima, i ze taka pogoda to calkiem normalna rzecz, ale ilez moze trwac pora deszczowa. Wole juz kiedy pada snieg. Przynajmniej mozna isc i ulepic balwana.

 

czwartek, 11 listopada 2010

 

No i zaczyna sie....Nebbia in Val Padana, o ktorej pisalm Tu. Dzis rano przywital nas taki oto widok. Nic tylko zostac w cieplym lozku i nie wystawiac nosa z domu.... Obowiazki niestety  wzywaja.

 

 

 

środa, 10 listopada 2010

Nalewka z pigwy odpoczywa sobie w wielkim sloju w mojej spizarni. Czekam z niecierpliwosca kiedy bede mogla jej zasmakowac. Stopniowo nabiera burszynowego koloru. Postanowilam, ze bedzie ona tez sympatycznym prezentem na swieta dla mojej tesciowej. Nie, nie chce jej wpedzic w alkoholizm...nic  z tych rzeczy, po prostu moim zdaniem jest to typowo damski trunek, wiec z pewnoscia bedzie jej smakowal. Mam juz nawet na oku niewielka, sliczna karafke.

A skoro mowa o prezentach to chyba bardziej lubie obarowywac niz byc obdarowywana. Dlaczego? Bo zdarza sie, ze prezenty, ktore dostaje niekoniecznie sa w moim guscie. Nie lubie udawac, ze cos mi sie podoba lub co gorsza, od czasu do czasu zakladc czy na predce ustawiac w domu, kiedy wiem, ze ma przyjsc do mnie osoba, od ktorej dostalam te podarki. Nie umiem tez powiedziec wprost, ze prezent nie jest w moim guscie, bo nie chce urazic przyjaciol czy znajomych. Wole na przyklad dostac po prostu piekne kwiaty. Ciesza mnie one bardziej niz jakis bezuzyteczny podarek.

Ale co mam zrobic, kiedy przyjaciolka nie pamieta co dala mi w prezencie rok wczesniej i kupila mi w tym roku ponwnie ten sam przedmiot?

Nie moge jej przeciez powiedziec, ze chyba ma lekki zanik pamieci. Nie moge jej tego zrobic, bo widzialm jak patrzy na mnie kiedy go wyjmowalam z pudeleczka i widzialm jak bardzo jej zalezy na tym, aby jej prezent mi sie podobal.

Owszem podoba mi sie, jakby nie bylo to Svaroski, a w sloneczne dni mieni sie i blyszczy jak czystej wody brylant...ale jeden breloczek w zupelnosci by mi wystarczl.

 

 

 

poniedziałek, 08 listopada 2010

 

Chyba jednak pigwa. Calkiem juz zglupialam, bo owoce ktorymi dysponuje jedni nazywaja pigwa a drudzy pigwowcem. No i badz tu madra. Moje owoce swoim ksztaltem przypominaja troche gruszki  i troche jabłka. Sa zolte, omszone i twarde. Bede wiec nazywac je po prostu po wlosku mele cotogne. Sa one dostepne z reguly na przelomie pazdziernika i listopada. Po kupieniu nalezy przetrzymac je w kartonowym pudelku, w pojedynczych warstwach przez 4-6 tygodni, az dojrzeja. W tym czasie wydzielaja bardzo mocny i przyjemny zapach. Do sporzadzania przetworow mozna zabrac sie dopiero w grudniu. Mozemy z nich robic galaretki, dzemy, konfitury, kompoty. Mozna je rowniez dodawac do innych przetworow, ktorym nadaja lekko ananasowy aromat lub tez kandyzowac.

W medycynie ludowej znajduja zastosowanie:
przy niedokrwistosci – wyciag ze swiezych owocow;
przy zaburzeniach trawienia – dla pobudzenia apetytu;
nalewki alkoholowe w proporcji 1:5 stosuje sie dla poprawy pracy serca, obnizenia cisnienia, oslabienia skurczow gladkich miesni jelit.

Owoce maja tez dzialanie antybakteryjne. Syrop z nich stosowany jest w bolach gardla. Z nasion pigwy moczonych w wodzie uzyskuje sie sluz, ktory skutecznie dziala w stanach zapalnych drog oddechowych, przy niezytach zoladka lub zewnetrznie – przy oparzeniach i podraznieniach skory. Z kory wytwarza się lekarstwa do dezynfekcji trudno gojacych sie ran.

Nie wytrzymalam i juz przygotowalam nalewke, ktora bedzie gotowa za jakis czas. W sam raz na zimowe wieczory.

Przepis na nalewke:

Skladniki:

1 kg owocow pigwowca lub pigwy, 1 litr wodki lub spirytusu, 1/2 litra miodu lipowego, laska wanilii, sok z 1 pomaranczy

Etapy przygotowania:


Ilosc skladnikow zalezy od tego ile chcemy miec pigwowki.Umyc owoce, przekroic na pol, zalac alkoholem dodac miod, wanilie i sok z pomaranczy - szczelnie zamknac i odstawic w ciemne miejsce.Przez najblizsze dwa tygodnie wstrzasac zeby miod się porzadnie zmieszal z alkoholem- po 2 miesiacach mozna serwowac.

We Wloszech z pigwy dostepne sa glownie dzemy, ktore w smaku bardzo przypominaj miod i jak na moj gust sa za slodkie.

piątek, 05 listopada 2010

 

"Sangue di cane" ("Krew psa") dostalam od kolezanki z pracy. Powiedziala mi, ze kupujac te ksiazke pomysla sobie o mnie bo opawiada ona historie mlodego bezdomnego Polaka, ktory zakochuje sie w dziewczynie z Sycylii. Jak sie okazalo, nie jest to jednak zaden romans z cudownym happy endem. Nie, nic z tych rzeczy. Veronica Tomassini, autorka ksiazki, opisuje dosc dosadnie realia polskich emigrantow zamieszkujacych "podziemia" sycylijskich miast, gdzie alkoholizm i przemoc sa chlebem powszednim. Realia Polakow, ktorzy za pare groszy zdolni sa do wszyskiego. Slawek, bohater ksiazki, jest wlasnie jednym z nich. Zarabia na swoje marne zycie myjac szyby samochodow na skrzyzowaniach ulic Siracuzy i nazanczony pietnem alkoholizmu nie potrafi zmienic swojej egzystencji nawet w obliczu milosci do mlodej Wloszki i do syna narodzonego z tego dziwnego zwiazku. Historia bardzo smutna i przerazajaca.

Mysle, ze mniej wiecej tak wyglada naprawde zycie wielu Polakow, ktorym nie udalo sie znalesc stabilizacji w tym trudnym swiecie jakim jest emigracja.

Czytajac ksiazke oczywiscie nie spodziewalm sie, ze Slawek bedzie jakims supermanen, ale tez nie wyrzutkiem bez przyszlosci. Obawiam sie, ze Wlosi, ktorzy przeczytaja te ksiazke pomysla dwa razy zanim zdecyduja sie na podroz do Polski, bo jasno z niej wynika, ze jestesmy krajem, w ktorym rzadzi przede wszytskim przemoc, prostytucja i wodka.

 Wyszperalam w necie wywiad z autorka, zeby dowiedziec sie co sklonilo ja do napisania o moich rodakach. Otoz wynika z niego, ze bardzo fascynuje ja, jak to ona go nazywa, "niewidzialny" swiat polskich emigrantow a tak poza tym to kocha nasza kulture i muzyke. Podziwia nas za nasz heroizm, sile walki i sposoby radzenia sobie z przeciwnosciami jakie stwarza nam zycie.

To po jaka cholere napisala o jakis beznadziejnych pijakch?

 

"Sangue di cane" ho avuto dalla mia collega. Mi ha detto che acquistando il libro ha pensato a me in qunato racconta una storia di un giovane Polacco che si innamora di una ragazza siciliana. Non si tratta però di una storia d'amore a lieto fine. No, nessuna di queste cose. Veronica Tomassini, l'autrice del libro, descrive senza mezzi termini la realtà degli immigrati polacchi che abitano l' "underground" delle città della Sicilia dove l'alcolismo e la violenza sono il pane quotidiano. La realtà dei Polacchi, che per pochi centesimi sono capaci di fare qualsiasi cosa. Slawek, il protagonista del libro, è solo uno di loro. Si guadagna da vivere lavando i vetri delle macchine agli incroci di Siracusa. E' un alcolista che non è in grado di cambiare la propria vita, anche di fronte di un amore per una giovane ragazza italiana e di un figlio nato da questa strana relazione. La storia è molto triste e spaventosa.

Penso che la storia di Slawek assomiglia davvero alla vita di molti Polacchi e non solo, che non sono riusciti a trovare la stabilità in questo mondo difficile, che è l'emigrazione.

Ovviamente leggendo il libro non mi aspettavo che parlasse di un supereroe ma ne anche di un emarginato senza futuro. Ho paura che gli Italiani dopo aver letto questa storia ci penseranno ben due volte prima di intraprendre un viaggio in Polonia, perché il libro dimostra chiaramente che siamo un paese dove dominia soprattutto la violenza, la prostituzione e la vodka.

Ho trovato l'intervista con l'autrice del libro per scoprire cosa l'ha spinta a scrivere dei miei connazionali. E' chiaro che è molto affascinata dall', come lo chiama lei, "invisibile" mondo di immigrati polacchi, ma anche perchè ama molto la nostra cultura e la musica. Ci ammira per il nostro eroismo, forza e il modo con cui affrontiamo le avversità che la vita ci porta. Allora perchè scrivere di un ubriacone....?

 

wtorek, 02 listopada 2010

Listopad w Mediolanie zaczal sie okropnie. Pada, leje, pada a potem znowu leje. I tak od trzech dni. Dzien i noc. Niedlugo miasto bedzie przypominalo Wenecje i jak nie przestanie padac to moze jutro zobacze jakies gondole na horyzoncie. Na dzien dzisiejszy jezdnie upodobnily sie do kanalow, a w niektorych miejscach nie widac tez i chodnikow, bo zalane sa dokladnie woda. Najlepiej w taki czas nie wychodzic z domu, a jesli juz to powinno sie zabierac ze soba ubranie i buty na zmiane. 

Oczywiscie najbardziej  uwazac trzeba na kierowcow, ktorzy beztrosko mkna przez ulice miasta i nie zwracajac uwagi na przemoknietych przechodniow, przejezdzaja przez najwieksze kaluze z predkoscia blyskawicy podnoszac sciany wody. Budza sie wtedy we mnie najgorsze instynkty, gdybym tylko mogla dorwac jednego z nich...

Zarty zartami ale te ulewy niezle narozrabialy. Media donosza o zalanych domach, sklepach i piwnicach. W niektorych rejonach polnocnych Wloch nie obylo sie niestety bez tragedii. Rzeki blota splywajace z gor w kilka minut zabraly ze soba kilka domow a wraz z nimi ich mieszkancow. Tragedia.

W razie gdyby nie przestalo padac w najblizszym czasie zaopatrzylam sie w ksiazke Ken'a Follet'a "La caduta dei giganti" (Upadek gigantow), ktora ma "tylko" 1000 stron.